Dlaczego tyjemy w czasie świąt?

W czasie świąt tyjemy głównie dlatego, że jemy częściej i bardziej kalorycznie niż zwykle, a ruch schodzi na dalszy plan. Do tego dochodzą podjadanie między posiłkami, alkohol i „świąteczne” usprawiedliwienie dokładek, które łatwo rozmywa kontrolę nad ilością. Warto zrozumieć te mechanizmy, bo nie chodzi o jeden obfity obiad, tylko o kilka dni nadwyżki.

Dlaczego w święta jemy więcej niż na co dzień?

Bo w święta jemy częściej i „przy okazji”, a nie tylko przy głównych posiłkach. Gdy jedzenie stoi na stole przez kilka godzin, łatwo dołożyć sobie kolejną porcję, nawet bez wyraźnego głodu. W efekcie dzienny bilans rośnie szybciej, niż się wydaje.

Dużo robi sam rytm dnia: na co dzień wiele osób ma 3–4 stałe momenty jedzenia, a w święta dochodzą dokładki, próbowanie i deser „do kawy”. Mózg lubi takie drobne nagrody, zwłaszcza gdy są pod ręką. Po kilku takich „małych” kęsach robi się pełna miska dodatkowych kalorii.

Dochodzi też mieszanka emocji i okazji. Spotkania, rozmowy i dłuższe siedzenie przy stole sprawiają, że sygnały sytości łatwo przegapić, bo uwaga idzie w ludzi, a nie w ciało. W praktyce talerz bywa uzupełniany automatycznie, zanim żołądek zdąży wysłać jasny komunikat, że już wystarczy, co zwykle zajmuje około 15–20 minut.

Pomaga pamiętać, że apetyt nie zawsze oznacza fizyczny głód. Czasem to „głód bodźca”, czyli chęć na smak i przyjemność, bo pachnie, bo jest domowo, bo „raz w roku”. W takim trybie porcja rośnie nie dlatego, że organizm potrzebuje energii, tylko dlatego, że sytuacja podpowiada: jeszcze trochę.

W święta działa też prosta mechanika dostępności: jeśli coś leży na blacie, prawdopodobieństwo sięgnięcia rośnie. Mini-scenka jest znajoma: przejście do kuchni po herbatę i nagle w ręce ląduje ciasteczko, bo było „na wierzchu”. To nie słabość charakteru, tylko naturalna reakcja na stałe bodźce i brak przerw między jedzeniem.

Które tradycyjne potrawy i przekąski najbardziej podbijają kalorie?

Najwięcej kalorii w święta robią zwykle nie „dania główne”, tylko gęste w energię dodatki: smażenie, panierki, majonezowe sosy i słodkie przekąski.

W praktyce dwa dania mogą wyglądać podobnie na talerzu, a różnić się mocno „wagą” energetyczną. Kawałek sernika (ok. 120 g) potrafi mieć 400–500 kcal, bo oprócz twarogu dochodzi masło, cukier i często kruchy spód. Podobnie jest z makowcem czy piernikiem z polewą, bo to zestaw: mąka + tłuszcz + cukier. A kiedy dojdzie jeszcze porcja lodów albo śmietanki, bilans rośnie szybciej, niż się wydaje.

Pomaga spojrzeć na klasyki jak na „pakiet”: co jest w środku i co ląduje obok na łyżce. Poniżej krótkie zestawienie najczęstszych kalorycznych punktów programu.

Potrawa/przekąskaCo najbardziej podbija kalorieOrientacyjnie na porcję
Sernik, makowieccukier i tłuszcz w cieście, spód, polewa400–500 kcal / ok. 120 g
Pierogi z okrasąpodsmażanie, masło/olej, skwarki350–450 kcal / 6–8 szt.
Sałatka jarzynowamajonez (często kilka łyżek w porcji)250–350 kcal / ok. 200 g
Karp w paniercepanierka + tłuszcz ze smażenia300–450 kcal / 150–200 g
Orzechy, bakalie, czekoladkiwysoka gęstość energetyczna (dużo kalorii w małej garści)150–250 kcal / ok. 30 g

Widać, że „niewinne” dodatki potrafią zmienić zwykłą porcję w kaloryczną bombę, zwłaszcza gdy dokładki wchodzą bez liczenia. Pomaga też pamiętać o przekąskach z talerzyka na stole: garść orzechów czy kilka cukierków łatwo dopisuje kolejne 200 kcal, zanim w ogóle pojawi się poczucie sytości. Czasem wystarczy jedna zmiana, na przykład mniej okrasy albo cieńsza warstwa majonezu, żeby różnica była realna, a smak nadal świąteczny.

Jak alkohol w święta zwiększa apetyt i bilans energetyczny?

Alkohol w święta potrafi dołożyć kalorie i „odblokować” apetyt jednocześnie. Często nie czuć, że bilans energetyczny rośnie, bo drinki nie sycą tak jak jedzenie.

Już 1–2 kieliszki wina albo kilka porcji mocniejszego alkoholu potrafi zmienić sposób podejmowania decyzji przy stole. Hamulce puszczają, a sygnały sytości stają się mniej wyraźne, bo układ nerwowy jest lekko „uspokojony”. Do tego alkohol to ok. 7 kcal na gram, więc kilka toastów może dorzucić 300–600 kcal, zanim jeszcze pojawi się deser. I nagle dokładka pierogów brzmi bardziej „czemu nie?” niż „może później”.

Pomaga też zrozumieć, dlaczego po alkoholu tak często pojawiają się zachcianki na słone i tłuste rzeczy. Alkohol sprzyja spadkowi kontroli porcji i wybieraniu bardziej kalorycznych dodatków, takich jak sosy czy sery, nawet jeśli wcześniej plan był rozsądny. W praktyce to zwykle nie jest jeden wielki wybryk, tylko suma małych decyzji, które w wieczór robią różnicę:

  • drink wypity „w przerwie” między daniami, który nie zmniejsza porcji kolejnego posiłku
  • podjadanie do alkoholu, bo chrupki, orzeszki czy śledzik „same się biorą”
  • mniej uważne jedzenie i wolniejsze zauważanie sytości po 20–30 minutach
  • większa skłonność do dokładki, gdy atmosfera jest luźna i głośna

Jeśli alkohol ma się pojawić, pomaga zrobić mu miejsce świadomie, zamiast traktować go jako „gratis” do kolacji. Często wystarcza trzymanie się jednej porcji na raz i przerwa na wodę, żeby apetyt nie przejął sterów.

Dlaczego mniej się ruszamy i jak spada nasz dzienny wydatek energii?

W święta tyje się nie tylko od stołu, ale też od kanapy. Gdy dziennie ubywa nawet 3–5 tysięcy kroków, organizm po prostu spala mniej energii, nawet jeśli „nie czuje się”, że coś się zmieniło.

W codziennym tygodniu sporo kalorii znika mimochodem: dojście na przystanek, schody w biurze, szybkie zakupy, kilka kursów po domu. W czasie świąt ten spontaniczny ruch, czyli NEAT (energia wydatkowana na codzienne czynności), często siada jako pierwszy, bo plan dnia robi się miękki i dominuje siedzenie. Dwie dłuższe wizyty przy stole, film po obiedzie i „chwila” na telefon potrafią łatwo zjeść 1–2 godziny, które normalnie byłyby w ruchu.

Nawet trening nie zawsze ratuje bilans, jeśli reszta dnia zamiera. Czasem jest 30 minut spaceru, a potem 6–8 godzin w pozycji siedzącej i wydatek energii spada jak światło po zgaszeniu lampki. Brzmi znajomo: „tylko dziś odpocznę”, a jutro okazuje się bardzo podobne?

Jak brak snu, stres i rozregulowany rytm dnia wpływają na tycie?

Niewyspanie i stres potrafią „dodać” kilogramy, nawet gdy jedzenie nie wygląda na ekstremalne. W święta łatwo o 5–6 godzin snu zamiast zwyczajowych 7–8, a organizm szybciej domaga się dokładki.

Gdy sen jest krótki, rośnie apetyt i spada sytość, bo rozjeżdżają się hormony głodu i najedzenia. W praktyce częściej ciągnie do słodkiego i słonego, a kontrola porcji robi się trudniejsza, zwłaszcza wieczorem. Jeśli do tego dochodzą długie przerwy między posiłkami, mózg lubi nadrabiać „na zapas” i talerz rośnie, zanim człowiek zdąży się zorientować.

Stres też ma swój udział. Kortyzol (hormon stresu) bywa wyższy po kilku napiętych dniach i wtedy jedzenie łatwiej działa jak szybkie ukojenie. Nagle „coś małego” w kuchni wydaje się pilne.

Rozregulowany rytm dnia robi resztę: późne pobudki, przesunięte posiłki, a czasem kolacja o 22–23. Kiedy je się późno i nieregularnie, sygnały głodu i sytości stają się mniej czytelne, więc łatwiej jeść mimo braku prawdziwego głodu. Pomaga prosty test: zanim sięgnie się po dokładkę, można dać sobie 10 minut i sprawdzić, czy to głód, czy raczej zmęczenie po całym dniu.

Czemu „jeszcze kawałek” działa — jak presja, nawyki i łatwy dostęp do jedzenia zwiększają porcje?

„Jeszcze kawałek” działa, bo w święta łatwiej jeść na autopilocie niż z głodu. Porcje rosną małymi krokami, a każdy z nich wydaje się niewinny.

Najprościej widać to przy stole, kiedy ktoś z uśmiechem dokłada dokładkę „żeby nie było przykro”. Presja bywa miękka, ale skuteczna, bo włącza mechanizm społeczny: nie chce się odstawać i łatwiej powiedzieć „dziękuję” niż „nie”. W praktyce taki dodatkowy kawałek po 5–10 minutach rozmowy często znika, zanim pojawi się uczucie sytości.

Drugą siłą są nawyki, które w święta odpalają się same. Jeśli zwykle do kawy jest coś słodkiego, to przy serniku na blacie ręka sięga częściej, nawet gdy apetyt jest już „na zero”.

Pomaga też łatwy dostęp do jedzenia, bo mózg lubi to, co jest pod ręką. Gdy ciasto stoi na środku stołu albo przekąski leżą na talerzyku obok kanapy, decyzja nie wydarza się raz, tylko kilkanaście razy dziennie. W takich warunkach „kontrola porcji” przegrywa z prostą logistyką: krojenie na duże kawałki i dokładanie bez odmierzania sprawia, że porcja rośnie o 20–30% szybciej, niż się to czuje.

Działa tu też efekt „szkoda, żeby się zmarnowało”, zwłaszcza gdy zostało kilka ostatnich kawałków. Znasz ten moment: ktoś mówi „bierz, bo jutro już nie będzie świeże”, a Ty myślisz, że to tylko odrobina. Tyle że odrobina powtórzona 3 razy w ciągu dnia przestaje być odrobiną i robi się z niej pełna dodatkowa porcja.

Dlaczego po świętach waga często rośnie bardziej przez wodę niż tłuszcz?

Najczęściej to nie jest „czysty tłuszcz”, tylko woda zatrzymana w organizmie. Kilka dni bardziej słonych i bogatszych w węglowodany potrafi podbić wagę nawet o 1–3 kg, choć sylwetka realnie zmienia się niewiele.

Dzieje się tak, bo glikogen (zapas węglowodanów w mięśniach i wątrobie) wiąże wodę, mniej więcej 3 g na każdy 1 g glikogenu. Po świętach te magazyny bywają pełniejsze niż zwykle, więc ciało „nosi” dodatkowy litr lub dwa jak w gąbce. Do tego dochodzi sól, która sprzyja zatrzymywaniu płynów i często widać to od razu w opuchniętych palcach czy cięższych nogach. Dobra wiadomość jest taka, że to zwykle schodzi w 48–72 godziny, gdy wraca normalny rytm jedzenia i picia.

Avatar photo

Emil

Od lat interesuje się szeroko rozumianym zdrowiem i psychologią. Staram się jak najlepiej przekazywać swoją wiedzę czytelnikom bloga.

View all posts by Emil →